O autorze
Zaczęło się od powoli kiełkującej w zakamarku serca tęsknoty za latem w środku zimy i przerodziło w narastające pragnienie wyrwania się z depresyjnej szarości, przeniknięcia do równoległego świata tryskającego zielenią, migocącego tęczowymi skrzydłami motyli, otulającego niebiańsko ciepłym błękitem.

Nosicielem podobnych pragnień okazał się Andrzej (mój najlepszy przyjaciel i troskliwy mąż), z którym wspólnie postanowiliśmy przestać gderać, utyskiwać, sapać, kasłać, chować nosy w szaliki. Zebraliśmy się w sobie i przekuliśmy słowa w czyn. Gdy nadeszła zima 2009 r., wyruszyliśmy w pierwszą wspólną podróż na inny kontynent ‒ w poszukiwaniu raju utraconego.

Każdego roku od tamtej pory przemierzamy tysiące kilometrów, spędzamy dziesiątki dni na obserwowaniu różnych zakątków Ziemi i poznawaniu mentalności zamieszkujących je ludzi. Niespodziewane problemy lub szczęśliwe rozwiązania, niegodziwcy i życzliwe osoby ubarwiają czas podróży ‒ każdemu wyjazdowi nadają indywidualny charakter i wzbogacają wspomnienia. Realia zawsze mijają się z oczekiwaniami, ukazują inne kanony piękna i przesuwają granice tolerancji.

Siebie i świat oceniam zazwyczaj z perspektywy trzech wartości: Prawdy (真), Życzliwości (善) i Cierpliwości (忍), których jednoczesne przestrzeganie jest od 1999 r. oficjalnie zakazane w mających ponad miliard obywateli komunistycznych Chinach. Obserwacje prowadzę z poziomu piechura ‒ po dotarciu do celu jego okolicę zwiedzam na piechotę. Koszty podróży kalkuluję uwzględniając: spożywanie potraw wyłącznie wegetariańskich i napojów bezalkoholowych, nocowanie w miejscach do 50 $ za noc i spędzanie wieczorów na czytaniu, wykonywaniu tłumaczeń lub na nauce innego języka.

Nad stalową tonią

Obniżamy wysokość lotu, lekkie turbulencje, przechodzimy przez szare chmury równo rozpłaszczone nad stalowociemnym morzem, nakrapianym czarnymi plamami wystających ponad powierzchnię, skrytych w morskiej toni wierzchołków wzgórz. Widok za oknem nie przypomina tropików, to raczej ich przeciwieństwo.

Wychodząc z budynku lotniska, odruchowo dosuwam kurtkę i wciskam dłonie w głąb kieszeni.
– Żegnaj polskie słoneczne 26 st. C, witaj norweskie lato – lekko wietrzne 18.

Nad morze – Północne
Bez zwłoki ruszamy w stronę morza. Półtorej godziny później wjeżdżamy w skupisko prostych drewnianych domów, Hellesøyni. Wioska wygląda na wymarłą. Nie szczeka żaden pies, obserwują nas tylko sztywno siedzące na dachach mewy, niczym zastygłe w posągowej pozie koty. Wreszcie z baru wyłaniają się dwie męskie postacie, po zbadaniu sytuacji szybko wracają do środka.

Rozglądam się. Nie słyszę charakterystycznego szumu. Gdzie to morze?

Wchodzę na granitową, przybrzeżną skałę, przypominającą ogromny pomnik, tysiącami lat wygładzany przez biliardy słonych fal. Miejscami żółcą się porosty, gdzie indziej cienka jak tynk warstwa nieuprawnej ziemi karmi wątłe kwiatki i trawę.
Nade mną białe słońce prześwituje przez mleczną gęstą mgłę – siwy wełniany koc zakrywa całe niebo. Przede mną morze, lekko zmarszczone, jakby zadumane, melancholijne.

Wszechobecna skała, poorana przez lodowiec i głazy, jest niczym wielopalczasty postument dźwigający na sobie cały kraj. Raz bardziej wypiętrzona, w innym miejscu tak niska, że i na kilometr zanurza się w morskiej wodzie. Szaro-czarna, surowa, twarda i trwała.
W okolice Bergen
Wracamy.
Budowa dróg w takim terenie to nie lada wyzwanie, a jednak – zamiast serpentyn oplatających każdy wyrostek lądu jedziemy po łagodnych wstęgach wplecionych tunelami we wnętrza górskich pasm. Zatrzymujemy się na zatoczkach, tuż za mostami. Cieszymy oczy widokiem oblanych wodą fiordów.
Nie ma tu pól uprawnych ani ogródków przydomowych, ani nawet rabatek. Tylko skurczone z zimna lasy, a między nimi proste obite sidingiem dwukolorowe domy (popielato-białe, buraczkowo-białe, dyniowo-białe) postawione na tej granitowej skale porośniętej wątłą trawą wygryzaną do gołej ziemi przez owce.

Niebo bez zmian, chmury. Przygasające słońce skłania się ku horyzontowi. Świat ogarnia szarówka. Gdzieś w oddali wzrok przyciąga żółty płomień „świeczki” i skłębione zwoje rur rafinerii.

Dzisiejszą noc spędzimy w osadzie szaro-białych, drewnianych domków letniskowych – dobrze nagrzanych, schludnych.

Dziewczyny wyciągają z bagażników walizki o gabarytach jak na dwa tygodnie w Egipcie.
– Dziewczyny! Czy o czymś nie wiemy? Szykuje się pokaz mody w Bergen?
– To nie ubrania, to prowiant – odpowiedziały.
– Do Norwegii przyjeżdżasz z własnym prowiantem albo z grubym portfelem.
– Aha! – pomyślałam – znowu pojechaliśmy na żywioł. Najwyżej! Zastosujemy słynną dietę à la Małysz – bułkę z bananem.
– Norwegowi bardziej opłaca się kupić lot do Polski, zjeść u nas obiad i wrócić do Norwegii, niż iść do norweskiej restauracji – tak żartowaliśmy z tamtejszych cen kilka dni później.

Białe noce
Minęła północ, w mięśniach czuję zmęczenie, ale senność nie przychodzi. Świadomość nadal pozostaje jasna, bo i słońce dalej nie zaszło, oświetla wszystko. Mlecznobiałymi promieniami przeciska się do sypialni przez luźny splot zasłon. W letni dzień, wychodząc na miasto w porze teoretycznego zmierzchu, imprezując po teoretyczny świt, na teoretycznie nocnym niebie nie ujrzysz żadnej gwiazdy prócz mlecznobiałego Słońca lub jego poblasku.

Rano. Budzę się zmęczona zaciskaniem powiek – białe noce to nie dla mnie. Nawet nie chcę sobie wyobrażać całodziennej nocy – już polskie krótkie grudniowe dni wyzuwają mnie z witalności, styczniowe zmuszają do migracji do ciepłych krajów i dopiero po nastaniu wiosny wraca mi chęć powrotu na tę szerokość geograficzną, a co dopiero taka norweska noc. Norweskie lato 18 st. C – nie próbuję sobie nawet wyobrazić norweskiej zimy.

Nie dziwi mnie już liczba Skandynawów spędzających zimy w tropikach. Biała jak u albinosów skóra spalona na ostry róż nie boli tak jak stan letargu, apatii, a nawet depresji ciemnych dni.

Wody śródlądowe
Ruszamy. Grys pryska spod kół. Dzisiaj wjedziemy w głąb lądu, po granitowych wzgórzach, przez tunele, zalesione doliny, wzdłuż brzegów Hardangerfjorden, aż do Eidfjord.
Drogi są miejscami tak strome, że zastanawiamy się, czy damy radę wyjechać. Piękne widoki nagradzają trud.

Raz po raz uwagę przyciągają wyróżniające się na tle butelkowej zieleni białe, spienione wodospady. Nie spodziewałam się zobaczyć takiej ich ilości w trakcie jednego dnia.

Na dłużej przystajemy obok Steinsdalsfossen – niesamowitego, prawie dwudziestometrowego pióropusza rozpędzonej do białości wody. Rok przed nastaniem XVIII wieku górska rzeka Fosselba zmieniła swój bieg – skręciła, popłynęła trzydzieści metrów po górskim zboczu, a następnie rzuciła się w dół z urwiska.
Wchodzę za wodospad. Daleko nade mną rzeka rozpada się na drobne cząsteczki, przechodzi w inny stan, stan lawiny. Nie jest już cieczą, ale zbiorem sypkich cząsteczek pikujących w dół niczym groty strzał. Gnają jak na złamanie karku, jedna przed drugą, jakby założyły się, która pierwsza roztrzaska się o granitowe skały.
Skok kończy się ogromnym hukiem, nieustającym odgłosem trzasku łamanych miliardów cząsteczkowych karków. Po skoku drobinki wody uspokajają się i na nowo łączą w zbiór, tworząc dalszy ciąg rzeki Fosselba.

Im dalej w głąb lądu, tym zimniej. Jedziemy wzdłuż jednego z brzegów Hardangerfjordenu, po przeciwnej stronie wody bezpośrednio stykają się ze stromymi, ośnieżonymi pasmami czarnego, nieprzystępnego granitu, otulonego kłębami zimnych, wilgotnych chmur. Norweskie lato.

Dojeżdżamy do Eidfjord
Zimna toń Hardangerfjordenu, niczym czarna dziura, pochłania światło. Marzył mi się krystaliczny błękit i turkus, ale ku memu zaskoczeniu szklana czerń też ma swój urok. Ze wszystkich stron otaczają ją góry granitu, stare, pomarszczone, rzeźbione wodą z topniejącego na szczytach szaro-białego śniegu, który zalega tam od zimy, i pewnie do następnej nie stopnieje. Piękna, surowa przyroda.

Jeszcze tylko krótki spacer pobliską doliną i będziemy wracać. Na pozór jest jeszcze jasno, ale zegarki znowu wskazują późną godzinę. A przecież trzeba się wyspać, bo jutro czeka nas kolejna podróż – widokową trasą kolejową z Bergen do Oslo.
Trwa ładowanie komentarzy...