Pociągiem na 1222,2 m n.p.m.

Dwa miasta po dwóch stronach Norwegii – Bergen i Oslo. Między nimi linia kolejowa, skrzętnie zaprojektowana i zbudowana ponad wiek temu. Biegnie wzdłuż dolin, rzek i jezior, przebija się przez wydrążone w twardych skałach tunele i wspina się na wysokie skute lodem góry. Tam w górze z dala od skupisk ludzkich natura nadal tworzy niepowtarzalne krajobrazy. Warto, choć raz w życiu, zobaczyć je na własne oczy.

Bergen – Bryggen

Stoję z nosem przyklejonym do witryny sklepowej zabytkowego budynku z okresu świetności Hanzy. W środku najwyraźniej trwa remont. Zerwano już starą podłogę – zbutwiała od wybijającej spod spodu wody, która dostała się tam z portu po przesiąknięciu przez mur nabrzeża i kilka metrów ulicy. Każdy żywioł ma swoje sposoby.

Być może, jak i Wenecji, zabytkom UNESCO w Bergen we znaki daje się ocieplenie klimatu.
Jeszcze stoją starowinki, ale jak długo? Nadal restaurowane, osuszane, odgradzane od podłoża – podtrzymywane przy życiu – służą mieszkańcom od setek lat.
W witrynach starych faktorii odbijają się maszty zacumowanych nieopodal jachtów i stojące przy przeciwnym brzegu młodsze kamienice. Wyglądają na solidnie osadzone, chociaż kto wie, co z nich zostanie za kilkaset lat. Na końcu portu czerwienią się zadaszenia kramów – plac targowy Fisketorget. Sprzedawcy oferują tu ryby i owoce morza. Świeże i przetworzone, na wynos i do skonsumowania na miejscu. Dla każdego coś.
W ciągu ostatniego millennium założona przez Olafa III osada rybacka rozrosła się znacząco – wspięła na pobliskie wzgórza i zmieniła w wielkie miasto.
Wśród mrowia budynków stoi pałac Damsgaard i zamek Bergenhus, zabytkowe kościoły, muzea, urokliwe kamienice z różnych epok (niektóre opatrzone intrygującymi grafitii), parki i pomniki.
W Nygårdsparken żegnam się z Bergen. Nadeszła pora wsiąść do pociągu i przejechać Norwegię w szerz, aż do Oslo.

Pociągiem na 1222 m n.p.m.

Wyjeżdżamy z Bergen. Siedzę w nowoczesnym, wygodnym wagonie, a za oknem zmieniają się obrazy.
Suniemy przez tunele i doliny, pośród lasów i rzek.
Mijamy, oprawione w soczystą zieleń, szafirowe lustro małego jeziora. Z jednej strony napełnia go woda z górskich strumyków, a z drugiej zwęża się i przemienia w górski potok. Początkowo łagodny, po paruset metrach rozpędza się, nabiera mocy i w końcu gna niczym rozpędzone stado tarpanów o śnieżno-białych i akwamarynowych grzywach.
Gdybym tylko mogła wysiąść na chwilę z pociągu, podwinąć nogawki i wejść do tej rzeki – na własnej skórze poczuć siłę nurtu i chłód górskiej wody.

Pociąg wspina się, wyżej i wyżej.
Raz po raz wjeżdżamy w wydrążone we wzgórzach tunele. Krajobraz stopniowo ulega zmianie. Coraz mniej drzew i coraz więcej szaro-grafitowych skał, porośniętych zziębniętą trawą i porostami. Białe macki śniegu ze szczytów wpełzają w doliny.
Wspinamy się wzdłuż stromych zboczy gór. Tory przytwierdzono do tych skał ponad sto lat temu – stara dobra robota, z czasów, gdy solidność wykonania była w cenie. Miejscami postawiono metalowe tunele i drewniane osłony, by chronić trakt przed zaspami śnieżnymi.
Lokomotywa wyciąga nas jeszcze wyżej. Większość pasażerów nie odwraca już wzroku od roztaczającego się za oknem niecodziennego krajobrazu – granicy między Rezerwatem Przyrody Skaupsjøen-Hardangerjøkulen i Parkiem Narodowym Hallingskarvet. Przecinamy kolebkowatą, niczym rynna, surową i zimną dolinę.
Przez ciężki, mokry śnieg przebijają kontrastujące z nim wypukłe krawędzie gór, pokruszone skały i zrudziała trawa. Całość, niczym zewnętrzną stronę dłoni, przecinają obłe żyły, wypełnione perlistą czernią lodowatej wody, zlewającej się do szkliście onyksowych jezior. Wszystko przykrywa od góry szczelny klosz z chmur. Niecodzienność krajobrazu przyprawia mnie o dreszcze – przez krótką chwilę czuję się, jakbym patrzyła na obcą planetę.
Paręset metrów dalej wiatr przegania chmury. dobrze oświetlone, ostre górskie granie wyraźnie odcinają się na tle nieba. Na nowo pojawiają się pojedyncze górskie chaty. Definitywnie z powrotem jestem na planecie Ziemia.
Jeszcze odrobinę wyżej i wtaczamy się na stację Finse – wysokość 1222 m n.p.m. Z pociągu wysiada spora ilość pasażerów. Możliwe, że część z nich to miłośnicy „Gwiezdnych wojen”. Tutejszych krajobrazów skutego lodem jeziora Finsevatnet użyto jako scenografii do filmu „Imperium kontratakuje”.
A na śmiałków czekają zaparkowane nieopodal rowery.
Od teraz zaczyna się jazda w dół.
Powoli, przecinamy urokliwą dolinę ogrzewaną popołudniowym słońcem. Matka natura, używając topniejącego śniegu zmieszanego z ceglastą ziemią i niezapominajkowo-niebieskich strumieni wpływających do turkusowych jezior, maluje tutaj długimi pociągnięciami przepiękne abstrakcyjne obrazy.

Im niżej tym cieplej.
Stopniowo krajobraz przeobraża się w łagodne górki porośnięte lasami i polanami. Dna przymglonych i soczyście trawiastych dolin wypełniają przeróżnych rozmiarów jeziora. Na stokach widać coraz więcej chat.
Ostatecznie wjeżdżamy w przedmieścia Oslo. Nie mam już wątpliwości, że moja podróż dobiega końca. Jeszcze tylko kilka minut długim podziemnym tunelem i wyląduję w centrum.

Środek Oslo

Zaskakuje mnie, przyjemniejsza niż w Bergen, pogoda i pierwsze spotkanie z architekturą centrum. Stare i nowe w mariażu.
Dla każdego coś.
Wiekowe pałace, teatry i muzea, finezyjne stare kamienice i ich współczesne, ascetyczne jak foremki do lodów, odpowiedniczki. Wieżowce o szklanych lub mozaikowych elewacjach. Fontanny wytryskujące bezpośrednio z deptaka lub z asfaltu na środku skrzyżowania. Figury klasyczne i modernistyczne wyrazy artystyczne.
Całość wypełnia spora dawka korzystających z dobrodziejstw miasta mieszkańców, turystów, uchodźców i mew. W najbardziej ruchliwych miejscach kosze na śmieci nie wytrzymują – kipią zawartością.
Gdy pod koniec dnia docieram do Parku Vigelanda, czuję, że na dzisiaj wystarczy mi już zwiedzania. Stopy bolą mnie od chodzenia, kark od oglądania się na prawo i lewo. Jeszcze tylko ostatni rzut oka na 212 rzeźb...
Panuje tu osobliwa atmosfera. Postacie zastygłe w ruchu, pozbawione ubrań, przedstawiają ludzi, jednak zbytnia masywność sylwetek i twardość gestów odczłowiecza je. Bardziej kojarzą mi się z tytanami.
Wolno stojące rzeźby i płaskorzeźby, zdobiące stojącą wewnątrz parku fontannę, prezentują przeróżne scenki z życia dziennego i nocnego oraz metafizycznego.
Park kończy się podwyższeniem, które przypomina mi stos całopalny z tkwiącym pośrodku słupem – wysokim obeliskiem. Podchodzę bliżej i ze zdumieniem w oczach wpatruję się w strukturę rzeźby.
Sterta sczepionych ze sobą 121 dorosłych i dzieci. Wyglądają, jakby wrzucano ich od góry w walcowatą formę, a potem tę formę zdjęto, im zaś kazano zachować pozycje. Wszyscy, mali i duzi, trzymają się jeden drugiego, nikt nie chce odpaść. Spięci różnej mocy uściskami lub przytłoczeni ciężarem tych z powyżej, trwają na swoich miejscach. Jedni zrezygnowani, omdleni, drudzy pełni sił i chęci przetrwania. A wszyscy nieświadomi, że stoją na stosie całopalnym.
Wisienka na torcie.
Na dzisiaj kończę spacer po Oslo! Nocuję w mieście, ale myślami wracam do czystej i pięknej natury z okolic Skaupsjøen-Hardangerjøkulen i Hallingskarvet. Może jeszcze kiedyś wrócę w tamte strony – skute lodem góry i zielone doliny.
Trwa ładowanie komentarzy...