O autorze
Zaczęło się od powoli kiełkującej w zakamarku serca tęsknoty za latem w środku zimy i przerodziło w narastające pragnienie wyrwania się z depresyjnej szarości, przeniknięcia do równoległego świata tryskającego zielenią, migocącego tęczowymi skrzydłami motyli, otulającego niebiańsko ciepłym błękitem.

Nosicielem podobnych pragnień okazał się Andrzej (mój najlepszy przyjaciel i troskliwy mąż), z którym wspólnie postanowiliśmy przestać gderać, utyskiwać, sapać, kasłać, chować nosy w szaliki. Zebraliśmy się w sobie i przekuliśmy słowa w czyn. Gdy nadeszła zima 2009 r., wyruszyliśmy w pierwszą wspólną podróż na inny kontynent ‒ w poszukiwaniu raju utraconego.

Każdego roku od tamtej pory przemierzamy tysiące kilometrów, spędzamy dziesiątki dni na obserwowaniu różnych zakątków Ziemi i poznawaniu mentalności zamieszkujących je ludzi. Niespodziewane problemy lub szczęśliwe rozwiązania, niegodziwcy i życzliwe osoby ubarwiają czas podróży ‒ każdemu wyjazdowi nadają indywidualny charakter i wzbogacają wspomnienia. Realia zawsze mijają się z oczekiwaniami, ukazują inne kanony piękna i przesuwają granice tolerancji.

Siebie i świat oceniam zazwyczaj z perspektywy trzech wartości: Prawdy (真), Życzliwości (善) i Cierpliwości (忍), których jednoczesne przestrzeganie jest od 1999 r. oficjalnie zakazane w mających ponad miliard obywateli komunistycznych Chinach. Obserwacje prowadzę z poziomu piechura ‒ po dotarciu do celu jego okolicę zwiedzam na piechotę. Koszty podróży kalkuluję uwzględniając: spożywanie potraw wyłącznie wegetariańskich i napojów bezalkoholowych, nocowanie w miejscach do 50 $ za noc i spędzanie wieczorów na czytaniu, wykonywaniu tłumaczeń lub na nauce innego języka.

Wehikuł czasu – Strasburg, cz. 2

Strasburg, 2016
Miasto, w którym nadal mieszka jego ponadtysiącletni duch zwany Strasburg, ma swoją kilkusetletnią historię. Czy przy okazji wyjazdu służbowego skuszę się wieczorem na zwiedzanie miasta? Czy wróciłabym tam jeszcze? Czy polecę Strasburg na wypad weekendowy?

Bajkowa mozaika

Ciało Strasburga, wielowiekową mozaikę, rozcinają na kilka części rzeki Ill i Ren, po których pływają niewielkie łódki z turystami (dodatkową atrakcją są śluzy).

Brzegi kanałów łączą liczne mostki, a w tafli wypełniających je wód przeglądają się średniowieczne kamieniczki z murami szachulcowymi, pomalowane na biało, poprzecinane czarnymi kreskami belek, gdzieniegdzie przystrojone kwiatami.
Nieregularny układ brukowanych uliczek prowadzi mnie od jednego do drugiego zaczarowanego zakątka Małej Francji.

Tutejsze podwórka kryją w swych wnętrzach, tak jak u nas, zaparkowane samochody, rozwieszone pranie na sznurkach, rozłożyste drzewa i wychylające się z okien, plotkujące sąsiadki.

Tabliczki z nazwami ulic napisane zostały w dwóch językach, co przypomina mi historię Strasburga i jego przechodzenie z rąk francuskich do niemieckich i z powrotem. Wywarło to wpływ na ubogacenie architektury miasta. Stoją tutaj po dziś dzień wyniosłe dzieła rąk ludzkich z czasów, kiedy komputery i ich moce obliczeniowe były czymś z dziedziny fantastyki. Dzięki potędze umysłu architektów i umiejętnościom rzemieślników wzniesiono: strasburską katedrę Notre-Dame, kamienicę Kammerzell, kościoły św. Tomasza, św. Piotra, zaporę Vauban, pałace Kléber, Rohan, Reński, i wiele innych.

Po zachodzie słońca

Niewysokie, zadbane średniowieczne kamienice przytulają się mocno jedna do drugiej. Rozdzielają je brukowane uliczki zalane ciepłym światłem rzucanym przez stylowe latarnie. Liczni przechodnie spieszą do teatrów, kin lub restauracji, które wystawiły stoliki na zewnątrz i serwują kolację na wolnym powietrzu. Zwalniamy kroku, powoli dociera do nas, w jak bardzo urokliwe miejsce trafiliśmy – średniowieczne domy, gwar rozmów, zapach potraw, wina i piwa, a wszystko to zatopione w ciepłym wieczornym powietrzu Alzacji.
Może w tym miejscu mimo upływu czasu nie zmieniło się za wiele, może tak było tutaj sto, pięćset, a może i dziewięćset lat temu? Szkoda, że nie potrafię w pełni uwiecznić tej chwili. Tu po prostu jest pięknie. To trzeba poczuć samemu.

Strasburg jest jak wehikuł czasu. Wciąga mnie jego atmosfera, przenosi setki lat wstecz i pomaga oderwać się od spraw dnia codziennego, pomaga wypocząć, zaprasza na kawkę w cukierni, innym razem kusi pysznymi bagietkami, tarte flambée i innymi specjałami kuchni alzackiej, cieszy oczy pięknem architektury, proponuje przejażdżkę łodzią po kanałach i kilka obrotów na zabytkowej karuzeli. Zdecydowanie wrócę tu przy najbliższej nadarzającej się okazji. :)
Trwa ładowanie komentarzy...