Piękno według Lombokanki

Pięknie tu jest, co nie? - zapytała ni z tego ni z owego właścicielka ulicznej „garkuchni” w Kucie na wyspie Lombok, w momencie, gdy zażenowani milcząco gapiliśmy się na mikser rozdrabniający kostki lodu z kawą cappuccino instant i odrobiną słodzonej wody. Zamówiliśmy mrożone cappuccino i szczerze mówiąc spodziewaliśmy się czegoś zupełnie innego niż "kawa 3w1" zmieszana z lodem… - co kraj to obyczaj.

Pytanie nas zamurowało, bo wcale nie uważaliśmy, żeby było tu pięknie, co najwyżej znośnie. Pamiętam jak w dniu przyjazdu po dotarciu do hotelu i postawieniu walizek na wypłytkowanej wilgotnej podłodze pokoju, w którym panował pleśniowy zaduch, od razu chcieliśmy stąd wyjechać.
Lombk ładnie wygląda z dalszej perspektywy, jednak traci przy bliższym poznaniu.


"Pięknie tu jest, co nie?” jest to pytanie retoryczne, ta pani nie pytała nas o opinię, ona ją po prostu wygłosiła. Przyszło się nam więc zastanowić nad tym, dlaczego ktoś uważa to miejsce za piękne. Zaczęliśmy się rozglądać i przyglądać wszystkiemu wnikliwie, tak jakbyśmy byli kimś, kto urodził się tutaj i nigdy stąd daleko nie wyjeżdżał, nie znał niczego innego poza tym jednym zakątkiem świata - Kutą na Lombok.

"Jestem prostą, ale zaradną kobietą, w końcu przecież mam własny biznes - sprzedaję mrożone napoje. Mam dom, męża oraz kilkuletnią córeczkę, która przybiega do mnie czasami i wyciąga 40 groszy na gumę do żucia. Tu przez cały rok jest zielono i ciepło, niewiele trzeba żeby przeżyć dzień i doczekać następnego - wystarczy dobra garść ryżu (na głowę) i zasmażone tofu z orzechami lub jakąś jarzyną - państwo powiedzą, czego więcej trzeba do szczęścia? Trzy kolorowe spódnice i trzy kwieciste koszule wystarczają w zupełności, jedna para klapek na codzień i druga od święta - ile mi ich niby trzeba, gdzie tu się stroić, komu i po co?

Dzieciaki jak to dzieciaki, chodzą do szkoły a po lekcjach te młodsze uganiają się za kotami, puszczają drewnianego bąka i sprawdzają komu kręci się najdłużej, lub bawią się w chowanego. Niektóre, trochę starsze chodzą sprzedawać sznurkowe branzoletki i chustki. Zawsze to parę groszy zarobione, a i po angielsku mówią coraz lepiej. Młode to i pojętne, co nie? Inne pomagają w pracy ojcu lub matce - trzeba się uczyć fachu takiego czy innego.

Dom mam prosty, fakt, ale od deszczu chroni tak samo jak ten piękny budynek hotelowy. Dom służy do spania, co więcej miałabym w nim robić, gotuję na kuchence gazowej - wygoda z tym gazem, nie trzeba palić drewnem, a pranie robię w miednicy za domem, te kilka ubrań to raz dwa przepłukać wystarczy i gotowe? Tak tu ciepło, że pranie schnie w mig nawet jak się go dobrze nie wykręci a wtedy to i prasować nie trzeba. Ogrodzenie mam drewniane - taki sobie płot upleciony z patyków - stoi po to, żeby kurczaki nie rozbiegały się za daleko. Za domem mam mały ogródek, a że ciepło jest cały rok, to nie muszę robić zapasów, co wyrwę marchewkę, to nasadzam nową i rośnie sobie spokojnie. Deszcz podlewa codziennie odrobinę, wszystko samo rośnie.

Mamy w Kucie bankomaty, dwa sklepy samoobsługowe, a znajome prowadzą stoiska z owocami, ubraniami i wycieczkami dla turystów. U innych sąsiadek mężowie są rybakami, a one w domu zajmują się naprawą sieci i suszeniem ryb, no i jakoś się kręci. Bogaci stawiają nowe hotele - bo turyści z Australii lubią do nas przyjeżdżać na surfing. Mówią, że fale są OK. Dobrze, że przyjeżdżają, bo praca jest przy budowach i potem w hotelach i restauracjach (młodzi mówią, że jak szef normalny to gdy nie ma za wielu klientów to całymi dniami można przy barze oglądać telewizję). Rozwija się ta nasza okolica. Główne ulice mamy wyasfaltowane, trochę dziurawe miejscami, ale skuterom to nie przeszkadza. Wiem, że na poboczach leżą śmieci, prawda, ale normalnie, państwo nie uwierzą, już tak się przyzwyczaiłam, że omijam je wzrokiem i ich nie widzę. Widzę tylko zielone drzewa, żółte bambusowe płoty, kolorowe stragany sąsiadek, biegające wesołe maluchy i zaradne starszaki i pocieszne gapowate psy.


Państwo drodzy, sami widzicie ciepło tu dzień w dzień, drzewa są wiecznie zielone a ziemia brązowa i na okrągło coś w niej rośnie, a że ciepło to odrobina jedzenia w misce i proste wielobarwne ubranie na plecach wystarczy, parę kroków stąd ocean pełen ryb i pola zielone od ryżu, rozbrykane dzieci biegają między domami, kury gdaczą w zagrodzie, a zmęczone od roboty chłopaki siedzą pod drzewem i na ochłodę piją wodę z kokosa.
Pięknie tu jest, co nie?"

W taki oto banalny sposób, pod koniec pobytu na Kucie, wszechświat skłonił nas do refleksji nad zagadnieniem piękna i definicją szczęścia. Być może, gdybyśmy musieli, przyzwyczailibyśmy się do zaśmieconej okolicy, brudu, nieładu architektonicznego i odmiennej kultury, zwyczajów, kuchni (np. sałatka owocowa z majonezem) i sposobu życia - być może z czasem uznalibyśmy to nawet za coś pięknego. Na szczęście nasz pobyt na Lombok nie trwał długo. Wkrótce wyruszyliśmy na Gili Meno - wysepkę, która wygląda jak przedsionek raju.
Trwa ładowanie komentarzy...