Kuta na Lombok - biednej siostrze wyspy Bali

Odruchowo zasłoniłam dłonią nos i usta. Unoszący się dookoła zapach parującej rybiej posoki był trudny do zniesienia. Najwyraźniej rano odbył się tutaj targ rybny a to, co z niego pozostało, wysychało teraz w upale południowego słońca. Pośrodku drogi kłębiła się sterta śmieci, na której pasły się kozy, zaś poskładane puste stoły podpierały mury okolicznych domów. Rzuciłam Andrzejowi porozumiewawcze spojrzenie i przyspieszyliśmy kroku. Byliśmy w samym środku dzielnicy rybackiej (...).


Słońce dzielnie wspinało się po porannym nieboskłonie, gdy dobijaliśmy do przystani Bangsal na Lombok po trwającej około piętnaście minut przeprawie łodzią z Gili Air. Okoliczne wzgórza zdążyły w międzyczasie zmienić swoje kolory z granatowych na zielone.

Mieliśmy przed sobą cały dzień i wyspę, na której nie byliśmy nigdy wcześniej, planowaliśmy przemieścić się na przeciwny jej brzeg - do Kuty, gdzie w naszych wyobrażeniach czekała na nas piękna plaża z biało-żółtym piaskiem i turkusowo-szmaragdowym oceanem.

Ledwo łódź zaryła rufą w czarno-brązowy piach obskurnej przystani, a stojący na brzegu kierowcy z lokalnych firm transportowych obskoczyli wysiadających na brzeg turystów i zaczęli wykrzykiwać:
- Bilet, pokaż mi twój bilet!
- Dokąd jedziesz?!
Wyraz twarzy podróżnych zmienił się - do tej pory zrelaksowani i uśmiechnięci nagle skurczyli się i zamknęli w sobie, jedni pokazywali bilety i momentalnie byli wywlekani z łodzi przez kierowców, a drudzy przemykali bokami, jak osaczone przez drapieżniki gazele. Jednak dalej wcale nie było łatwiej, na odcinku kolejnych kilkudziesięciu metrów czekali następni prywatni przewoźnicy.

Wzdłuż ulicy Bangsal Baru krajobraz znacząco upiększały i ożywiały graffiti autorstwa Bujangana Urbana, umiejętnie odwracały uwagę od tutejszej architektury w stylu komunistycznych baraków.

Z Gili Air wykupiliśmy transport łodzią i busem do Kuty, łącznie na jednym rachunku, z którym po opuszczeniu łodzi mieliśmy (zgodnie z wytycznymi agenta) dojść do zajezdni autobusów w Bangsal, gdzie miał czekać na nas bus. Przebrnęliśmy przez stado naganiaczy i cinkciarzy w przystań, minęliśmy oficjalną bramę wjazdową ze stróżówką i szliśmy dalej przed siebie, aż doszliśmy do zajezdni autobusowej, gdzie stały jakieś prywatne samochody, ale nie było ani jednego znaku czy tabliczki kierującej nas do busa.

Nieopodal stały „blue taxi” i z ciekawości podeszliśmy zapytać ile kosztuje przejazd (klimatyzacja i skórzane fotele - luksus jak na tą okolicę), okazało się, że tyle samo co wykupiony przez nas przejazd. Nagle z bramy, stojącego vis a vis dworca domu, wypadł mężczyzna i zaczął machać do nas ręką:
- Chodźcie tutaj, my was odwieziemy tam dokąd macie wykupiony transport - zawahaliśmy się i to był nasz błąd, mężczyzna to zauważył - Tam dalej nie ma już nikogo, kto miałby was zawieźć na miejsce, a jeżeli pójdziecie dalej, to do mnie nie macie już po co wracać!

Słysząc to stanęliśmy jak wryci, z taką formą marketingu jeszcze się nie spotkaliśmy. Po przejściu przez krzyżowy ogień naganiaczy w przystani mieliśmy już dość Bangsal i powoli było dla nas obojętne kto nas zawiezie do Kuty i czym, nie chcieliśmy tylko trafić na kierowcę, który po przejechaniu kilku kilometrów zatrzymałby się w szczerym polu i poprosił o ponowną zapłatę biletu (czytaliśmy o takich przypadkach na Bali). Za bramą domu naganiacza stało już kilku turystów najwyraźniej czekających na transport busem, skierowaliśmy się w tamtym kierunku coraz bardziej marząc o dotarciu do hotelu.

Upakowani w mikrobusa jak sardynki, z kilkoma innymi turystami i deską surfingową mknęliśmy krętymi drogami Lomboku raz pod górę raz w dół, przez miasteczka i wioski, tropikalne lasy i pola ryżowe. Mijaliśmy usytuowane tuż przy plażach (z dala od osad) zamknięte kurorty i wielogwiazdkowe hotele. Wzdłuż urwistych brzegów wyspy, co jakiś czas, stały przydrożne knajpy, garkuchnie i stragany z zadaszonymi drewnianymi lub betonowymi altanami, gdzie siedząc można było podziwiać piękne krajobrazy rozciągających się w dole żółtych, ziemistych lub szaro-czarnych plaż albo pionowych klifów, o które rozbijały się spienione fale ciemno błękitnego oceanu.

Mieszkańcy wyspy Lombok to głównie wyznawcy islamu, więc nie opalają się na plaży i nie pływają w morzu, jedynie spacerują.

Domy i kamienice wyglądają jakby „lokalni architekci” kładli nacisk wyłącznie na funkcjonalność, a mieszkańcy nie dbali o estetykę. Nie można pominąć wszechobecnych śmieci , połatanych dachów i obowiązkowej obecności grzybów oraz pleśni, które pożerają ściany budynków w iście zawrotnym tempie z powodu wysokiej wilgotności powietrza.

Przejazd z jednego końca Lombok na drugi w ciasnym dusznym, rozklekotanym busiku trwał ponad dwie godziny, więc gdy dotarliśmy do hotelu marzyliśmy o prysznicu, chłodnym napoju i obiedzie. Budynek wyglądał na zadbany: bielona fasada, trawa strzyżona regularnie nożycami do żywopłotu, basen czyszczony codziennie, wypucowana na błysk recepcja, jednak wnętrze pokoju wyglądało jak z horroru: spleśniałe meble, czarne od grzyba fugi w łazience i gruba warstwa kamienia na armaturze, dodatkowo mokra i lepka podłoga w pokoju i wilgotna pościel. Zostawiliśmy bagaże i postanowiliśmy nie analizować ocen przyznanych w sieci temu przybytkowi przez poprzednich gości.

Wychodząc z hotelu zauważyłam, że drzwi do kuchni stały otworem, w przejściu na ziemi siedzieli bagażowi, kelnerzy, ogrodnicy i jedli obiad, ale nie robili tego tak jak europejczycy - talerze z potrawą stały bezpośrednio na ziemi a jedzenie nabierali rękami, trochę nachylając się nad talerzem. Przestało mnie dziwić dlaczego nie potrafią nakryć do stołu. Kilka kroków od hotelu stała zbudowana z desek i bambusa wegetariańska restauracja (pierwsze i ostatnie w tym dniu miłe zaskoczenie), która serwowała różnorodne i smaczne dania.

Minęło południe i ostatnią rzeczą, o której marzyliśmy był powrót do pokoju, wyruszyliśmy więc w stronę najbliższej plaży.
Po drodze mijaliśmy przydrożne sklepiki i stoiska, każdy handlarz zdążył nas przynajmniej raz zaczepić:
- Kupicie owoce?! Może ryby?
- Wynajmijcie ode mnie skuter!
- Podwieźć was gdzieś? Taksówka!
- Chcecie jechać na wycieczkę? Treking na wulkan!
- Czas na obiad, zapraszamy!
Niektórzy krzyczeli jeszcze długo po tym jak minęliśmy ich punkt.

Szliśmy prosto przed siebie główną drogą, a potem skręciliśmy w pierwszą w lewo, oficjalną trasę na plażę - ulicę prowadzącą przez dzielnicę rybacką. Po przejściu kilku kroków odruchowo zasłoniłam dłonią nos i usta. Unoszący się dookoła zapach parującej rybiej posoki był trudny do zniesienia. Najwyraźniej rano odbył się tutaj targ rybny a to, co z niego pozostało, wysychało teraz w upale południowego słońca. Pośrodku drogi kłębiła się sterta śmieci, na której pasły się kozy, zaś poskładane puste stoły podpierały mury okolicznych domów.

Rzuciłam Andrzejowi porozumiewawcze spojrzenie i przyspieszyliśmy kroku. Byliśmy w samym środku dzielnicy rybackiej, otaczały nas słomiane chaty stojące na bambusowych palach i małe murowane, bardzo brudne domy kryte blachą. Podwórka wydziobane do gołej ziemi przez chude kurczaki okraszały plastikowe papierki po batonikach, chipsach i napojach. Dzieci bawiły się zabawkami zbudowanymi z patyków i sznurka, dorośli naprawiali sieci, a psy z sierścią w kolorze piasku leżały leniwie w cieniu bambusowych altan lub przy ogrodzeniach.

Paręnaście metrów dalej zaczynała się plaża [1], która nie odbiegała stylem od wioski rybackiej - śmieci i martwa trawa morska pływająca między zgniłymi łodziami rybackimi. Dodatkowo zatoczkę przecinał wpływający do oceanu lokalny (ś)ciek wodny, który w czasie przypływu odcinał dostęp do drugiej połowy plaży. Kolory i formy tworzyły ciekawą kompozycję nadającą się do zdjęć artystycznych lub przyrodniczych, ale nie do plażowania czy pływania w poszukiwaniu kolorowych rybek.

Podobnie było z dwiema sąsiednimi plażami - za to pod względem krajobrazowym prezentowały się pięknie. Pierwsza z nich była długa i szeroka , dobra na poranne lub wieczorne spacery [2]. Żółty brzeg usłany była martwą trawą morską ułożoną w koronkowe wzory przez wspinające się po piasku głęboko szafirowe mięsiste fale. Główna droga biegłą niecałe 40 metrów od plaży, na dzielącym je odcinku rosło kilkanaście drzew, w których cieniu trudno było się skryć przed palącym słońcem, i niestety dodatkowo wszędzie walały się plastikowe woreczki i papierki po batonikach - pamiątki po weekendowych wizytach mieszkańców z innych części wyspy.

Kolejna plaża [3] położona była z dała od głównej drogi, żeby do niej dotrzeć trzeba było przejść około pół kilometra wzdłuż prowizorycznych domów lokalnej biedoty (nieotynkowanych baraków z pustaków, krytych blachą, bez powały, bez tynku, bez drzwi), w towarzystwie patrolujących okolicę poszczekujących psów i stada pasących się bawołów. Plaża graniczyła z polami, na których rosły orzeszki ziemne i palmy kokosowe. Jest rzadko uczęszczana, zdecydowanie czystsza od poprzednich i usłana drobnymi martwymi koralowcami. Miejscami z wody sterczały czarne obłe skały, przez co pływanie było tutaj niebezpieczne, tworzyły się wiry. Z dala od ludzi i samochodów można było usiąść pod wygiętym od wiatru drzewem i nacieszyć oczy urokiem roztaczającego się krajobrazu.


Plaże w Kucie na Lombok zapamiętam jako malownicze, niezagospodarowane pod turystykę, na wpół dzikie. Bardzo możliwe, że wkrótce zmienią się nie do poznania, gdy zainteresują się nimi prywatni inwestorzy - postawią kilka barów, zasadzą drzewa, wbiją parasolki, usuną z wody te najbardziej niebezpieczne głazy, wygrabią piasek, pozbierają śmieci i puszczą głośno muzykę.
Zanim jednak to nastąpi może upłynąć wiele lat, dlatego przybywając tutaj następnym razem będę pamiętać, że w Kucie na Lombok mogę surfować na desce, łowić ryby na wędkę, spacerować lub wyruszyć na kilkudniowy treking na wulkan.

Ceny w hotelach, restauracjach i na straganach (dla turystów) nie odbiegają bardzo od balijskich, ale standard życia lokalnej ludności jest zdecydowanie niższy. Już na pierwszy rzut oka widać, że bieda wyziera tu z prawie każdego domu, drogi są dziurawe, śmieci leżą wszędzie, gdzie okiem nie sięgnąć, a po ulicach włóczą się dzieci, które namawiają turystów do zakupu ręcznie robionych bransoletek. Na szczęście klimat jest tutaj bardzo ciepły i wystarczy mała porcja jedzenia żeby przetrwać cały dzień oraz prosta chatka żeby mieć gdzie się przespać. I tak z dnia na dzień życie jakoś toczy się w Kucie na Lombok, uboższej siostrze wyspy Bali.
Trwa ładowanie komentarzy...